Najważniejsze jest zakończenie

Spędzam masę czasu w kuchni,
lecz nie na szykowaniu jedzenia;
Rozum mój tam się trudni
kwiestią nie do przeoczenia.
Tę szczególną uwagę przykuwa
szuflada na sztućce
oraz sprawa druga -
- ich suszarka na lodówce.
Otóż jestem na skraju nerwowego załamania -
- dopadł mnie potworny impas.
Jak krew w piach godziny rozmyślania
bo odpowiedź nadal nie przyszła.
Może i wyda się to ponure
ale najbardziej dręczą mnie myśli
czy jeśli po podcięciu sobie żył wytrę nóż o koszulę
to mogę go z powrotem włożyć do czystych?

Z pamiętnika

Mieszkamy razem
w czteropokojowym mieszkaniu;
Ty – kwiat niebiańskich marzeń;
Ja – rycerz pucujący miecz w posłaniu;
Przemykasz zaraz obok
w wąskim przedsionku
nieomal dotykając mnie sobą
sprawiasz że drżą wszystkie <hehe> członki;
I ten subtelny aromat Twego ciała
rozlewa się po moich nosdrzach;
zanoszę go do ołtarza
który czczę, gdy Cię spotkam.

Powoli, bezszelestnie
-Gdy czasem otwarte zostawisz drzwi-
zakradam się do Ciebie
i patrzę jak słodko śpisz;
Może nie mogę Cię jeszcze tulić i pieścić;
Może nie mogę całować kwiatuszku,
ale i tak czuję, że jesteśmy jednym,
gdy nasze szczoteczki dotykają się w kubku.

Przedświąteczne refleksje

Bez najmniejszego starania,
nawet nie na siłę
pogania
kretyn kretyna kretynem.
Bydło popychane iluzorycznymi
potrzebami
oddane całkowicie satysfakcji chwili;
Byt cały będąc sługami.

Tylko czyimi?

Nic nie możesz wymyślić?
Nie masz ochoty na myślenie?
Wybierz z przygotowanej listy
kup sobie SWOJE marzenie.

Samodławiący się mechanizm
ślepy zaułek ewolucji
Doprowadził do utworzenia granic,
zasad i potrzeb zbędnych bytom ludzkim
Rozważanie tej pomyłki
-niezależnie od ścieżki dedukcji-
niechybnie doprowadza do myśli
o konieczności autodestrukcji.

Zastanówmy się chwilę
czy jesteśmy – prócz wiedzy-
chociaż odrobinę
lepsi niż kiedyś?
Popełniamy błędy przodków,
zapominamy śnić;
w końcu
to dalej my

Zupełnie jak w szybkich i wściekłych

Obiecywał energię, siłę i pasję:
Dzięki niemu potrafię;
Dzięki niemu się sprawdzę;
Dzięki niemu nie zasnę;
Ten fenomen na skalę kraju
pozwalał na wciąganie do płuc,
cząstek stałych i gazu
sprawiających, że chcieć to móc.
Celował u źródła, bo w młodzież;
Tytan, podobny do boga;
szeptano o nim jednym słowem:

*Mocarz*

Time sink

Obrączka spadła do odpływu
gdym zmywał;
Zanurkowałem dłonią chciwą
Utkwiła. Pociągnąłem żywo.

Cichy zgrzyt jakby trąc dwa metale;

wyciągnąłem dłoń klnąc na zlewy stare.

Dłoń nabrzmiała z wysiłku zdradza miejsce blade

i przegub uboższy o zegarek;

Zawsze na niego narzekałem
-oprócz tego razu-

Stałem się istotą poza władzą czasu.

Opuszczona arktyczna stacja badawcza

Mimo że palą go gałki oczne
jego znużony wzrok spoczywa
na opuchniętym torsie
półprzytomnego emeryta.
Obfite wybroczyny na twarzy
zdradzają, że starał się zerwać elastyczne błony
które pokrywają cały
grzbiet, ramiona i nogi;
raz na jakiś czas potwornie ciężkie kroki
przewalają się po lodowym korytarzu
obserwując wszystko podczas wiecznej nocy
czarniejszej niż mazut;
oboje wiedzą już, że opadające powieki
oznaczają dzień piekielnych męk;
arktycznego zakładu pacjenci
wiedzą, że sen nie jest snem

Największy!

Odwiedziłem wszystkie graniczne zakątki
ojczyzny przepięknej (niektórzy tak mówią);
Zobaczyłem zachodni, wschodni
jak i skrajne południe i północ;

Górskie wyprawy odbywając
Zdobyłem też szczyty największe;
Już mi nic nie zostało.
Pora na najgłębszą depresję.

W gruncie rzeczy

Przeglądam sieć
Jedni w kilku rząd obalają
Inni filmują śmierć
Ręce opadają

Brnę dalej
Sięgam w głębsze zakamarki
Tak samo głęboko tracę w ludzi wiarę
Chyba wolałbym być martwy

Nie wyłączam tej strony
Docieram do jądra bez myśli
Coraz bardziej zawiedziony
Coraz bardziej bezsilny

Spojrzałem na zdjęcie książki w szatni
Nie rozumiem tej okładki

Nie mogę wyjść

Nie mogę nic

Złamać się

Łamię się pod ciężarem
Bo jestem zbyt miękki
Bo ciężar którego nabrałem
Jest zbyt ciężki

Och jaki ciężar spoczywa na barkach
Jak Atlas mityczny się czuję ach
Drży żyłka każda
z wysiłku aż parskam i sarkam

Pokonuję siebie OCH!
Co za wspaniałe uczucie
To zupełnie jak w snach
Gdzie największym jestem łobuzem

Codziennie odtwarzam piętna
Jest prawdą, że nie ma to sensu
Odkąd tylko pamiętam
Nie poczyniłem postępów

Test

Targające korpusem serce
Pozbawiało tchnienia
Nogi próżno liczyły na to że znajdą miejsce
Do spokojnego siedzenia
Powolne, mozolnie spływające krople
Zwilżyły czoło, krocze i pachy
Gardło zaciskane coraz mocniej
Oddech u źródła dławi
Perłowy blask rozkołysany w oczodołach
Niesie zapowiedź najgorszego scenariusza
Wzrok zasnuła mi jakby smoła
To samo poczułem w płucach
Otarłem zasmarkany, popluty pysk
Spojrzałem na kata młodości beztroskiej
Jedna kreska – to jeszcze nie dziś
Przez krótką chwilę prawie byłem ojcem