O vitrualhalo

Lubię sport, alkohol i zimno. Pozdrawiam

W gruncie rzeczy

Przeglądam sieć
Jedni w kilku rząd obalają
Inni filmują śmierć
Ręce opadają

Brnę dalej
Sięgam w głębsze zakamarki
Tak samo głęboko tracę w ludzi wiarę
Chyba wolałbym być martwy

Nie wyłączam tej strony
Docieram do jądra bez myśli
Coraz bardziej zawiedziony
Coraz bardziej bezsilny

Spojrzałem na zdjęcie książki w szatni
Nie rozumiem tej okładki

Nie mogę wyjść

Nie mogę nic

Złamać się

Łamię się pod ciężarem
Bo jestem zbyt miękki
Bo ciężar którego nabrałem
Jest zbyt ciężki

Och jaki ciężar spoczywa na barkach
Jak Atlas mityczny się czuję ach
Drży żyłka każda
z wysiłku aż parskam i sarkam

Pokonuję siebie OCH!
Co za wspaniałe uczucie
To zupełnie jak w snach
Gdzie największym jestem łobuzem

Codziennie odtwarzam piętna
Jest prawdą, że nie ma to sensu
Odkąd tylko pamiętam
Nie poczyniłem postępów

Test

Targające korpusem serce
Pozbawiało tchnienia
Nogi próżno liczyły na to że znajdą miejsce
Do spokojnego siedzenia
Powolne, mozolnie spływające krople
Zwilżyły czoło, krocze i pachy
Gardło zaciskane coraz mocniej
Oddech u źródła dławi
Perłowy blask rozkołysany w oczodołach
Niesie zapowiedź najgorszego scenariusza
Wzrok zasnuła mi jakby smoła
To samo poczułem w płucach
Otarłem zasmarkany, popluty pysk
Spojrzałem na kata młodości beztroskiej
Jedna kreska – to jeszcze nie dziś
Przez krótką chwilę prawie byłem ojcem

Kat

Konkubina znów podniosła mi ciśnienie;
Sprałem jej dupę grubym rzemieniem;
Włączyłem Kata, gdy osuwała się na ziemię
I usiadłem wygodnie, delektując brzmieniem;
Gdy Kostrzewski kończył refren
poczułem dawkę wilgoci napływającej do oczu.
Sam nie wiem,
kiedy tak się ostatnio wzruszyłem głęboko;
Z zadumy wyrwał mnie ryk rozdygotanej narkomanki,
Który rezonując w czaszce na moment mnie ogłuszył;
Spojrzałem na podnoszące się powoli, krwawiące pośladki,
czekając cierpliwie na słowo skruchy
- I co, boli dupa?
” Ty skurywysnu, nigdy Ci nie wybaczę!”
Runda druga.
A chciałem tylko usłyszeć, że to przez Kata płacze.

5k

Gdy zaczynałem transformować myśl w słowo;
Tak właściwe i trafne jak to możliwe,
siedziałem w skupieniu z parującą głową
zapełniając miarowo kartkę – rym za rymem;

Z rzadka (wraz z upływem czasu coraz częściej)
siadałem w ciszy anielskiej
wylewając przez się,
jednym tchem całe wiersze.

Efekty pracy były tak różne
jak różne bywają bliźniacze dzieci
Moje bękarty to jednak kaleki trójnożne

-Nigdy nie zasłużę na miano poety-

Cóż.
Nie spodziewałem się dotrwać w tym do chwili
Gdy zobaczę w notatniku
pięć tysięcy linii.

Pix Juniperi

Wylądowałem poza czasem, przynajmniej tak myślę;
Wrogi to świat, obcy trywialnej płaszczyźnie;
Bezmiar niczego, to to co czuję we mnie;
To przestrzeń tak pusta,
że zmysły przestają być potrzebne;
Trwam tu samotnie w niebezpiecznym mroku;
W tej drażniącej scenie dusi mnie niepokój;
Obawa, że niemożność oglądania swych kończyn
wiążę się z prawdziwym, ostatecznym końcem;
Poczułem dreszcz,
mający początek w centrum tego obecnego istnienia
Widzę Biel. Biel. Zbliża się.
Biel. Do widzenia.

Żarzące się piętno

Kolejny stuk,
iskier kłąb bucha
ten miarowy, powtarzalny ruch,
sprawia, że wreszcie odczuwam
cokolwiek;
Coś
co mogę
wziąć
ze sobą;
Zanieść wieści;
Przekazać mową;
Wygasły pamiętnik.
Może to błąd
ale lubię, gdy błyskają;
Tak pięknie się skrzą
Umierając;
To jak moje myśli,
Są dla mnie wszystkim,
dziś wstały i wyszły.

To tylko iskry.

Grabarz

Jestem zmęczony od wieków,
Cytując klasyka:

Przystanąłem w biegu
A śladu mych stóp nie widać;

Popękane kości dłoni trzeszczą miarowo
poruszane – chyba bezwolnie- napinanymi mięsniami;
W końcu obie zsuwają się ku nogom
odsłaniając ziejące zmordowaniem rany.
Maniakalnie rozedrgane
Oczy krwawią
szkarłatem
chlapiąc
na ścieżkę,
z której zamierzałem dopiero zejść (śmiertelnie).
Nie wiem
Czy JUŻ poległem

Twardowski

W koncertowym tonie
bawiłem się pysznie,
wsłuchany w monotonię
rytmu wygrywanego przez perkusistę.
Mimowolnie uciekłem gdzieś myślami;
Spojrzałem na muśnięty oranżem księżyc:
wolny od granic,
pełen tajemnic;
Trudno zliczyć
ile trwałem tam
w irracjonalnej ciszy.
Sam.
Aż straciłem go z oczu
- ktoś mnie potrącił barkiem
zdzierając z widoku
sanktuarium całkiem
Wypatrywałem go z całą siłą,
wstrząsany przez lodowate dreszcze;
„Zniknęło…”
Okazało się, że to pierdolona kuchnia na 11 piętrze.