na czytelniku

Podbiegł od tyłu, objął, mocno schwytał;
Zanim pomyślałam o krzykach
w okolicy obojczyka
palący chłód lufy zawitał;
Szepnął mi naraz coś strasznego:
„Nie zadzieraj z moim kolegą;
Nie rób nic głupiego
bo ta spluwa zaśpiewa mazurek dąbrowskiego”.
Podprowadził mnie w gęstwinę krzewów;
Popychana tą bronią stąpałam na ślepo;
Kazał się oprzeć o masywne drzewo,
bredząc, że jestem jego królewną;
Już powoli się poddawałam,
gdy światłami zajaśniała wysoka trawa:
„Stać policja – stróże prawa!”
-Zwolnił uścisk-
-Puścił broń-
-Zniknął w krzakach-

Całe to zajście z niedoszłym gwałtem
okazało się klasycznym żartem.
Zamiast broni palnej
u mych stóp leżała marchew.

10000h

Wykląłem swą ludzką formę
Nagrodzono mnie cudownie:
Zyskałem narzędzie niesamowite
- Parę pierzastych skrzydeł;
Wzbiłem się i spadłem;
Wysiłki żadne
nie umożliwiły przelotu
dalej niż o kilkanaście kroków.
Upadłem tysiąc razy
Lądując na twarzy,
Tysiąc pierwszy z lotów
odjął mi szczątkowy już rozum;
Wzleciałem nad przeiskrzone huty
Zbierając skrzydłami gorącz gazów,
spadłem zroszony deszczem.
I spróbowałem raz jeszcze.

Dławiąc się

Może by tak przestać jeść?
Czy jestem nasycony?
Sam nie wiem.
Mógłbym dalej jeść do woli.
Lodówka. Kanapa.
Słońce tyje, przy kurczakach
Lodówka. Kanapa.
Chudnie z hamburgerem w łapach
Nawet nie zdawałem sobie sprawy
Z tego, że można inaczej
Że w życiu inne coś może bawić
Niż tłuściutki, smażony kurczaczek
Lustro. Lustro. Płacz.
Jeszcze jedno spojrzenie
Kurwa mać
Czy on? Śmieje się
w głos
Ten lustrzany tucznik ogromny
Mam dość.
Już nie jestem głodny.

Cudowna zmiana

Stuka deszcz o parapety.
Dualni posłańcy ledwie
docierają do powierzchni planety,
tak dziś marnej i niepewnej;
Świat nie wypiękniał ani krzty
pod kokonem ze śniegu;
Własnym życiem żył
- innym od naszego.
Zgnilizna
zasnuła brązem podwórko;
W zbutwiałych liściach
odkryć można gówno;
Uśmiechnięte. Oczekujące.
Szczere, jak z brązu wykute;
Ledwie rozmrożone słońcem
ma dziś spotkanie z butem.
Świat straci niebawem
kolejnego miłośnika roztopów;
Chłopak pod depresji batem
Powiesi się na żyrandolu.

Czekam

Królowo mrozu!
Widzę że odeszłaś;
Z szyb mojego domu
zniknęła warstewka
Twojej emanacji,
w której zawzięcie
przeglądałem gwiazdy
nocnej Drogi Mlecznej.
Pod kamieniem spałem.
Czekałem cały cykl.
Te trzy pozostałe,
Nie dawały mi żyć.
A Ty ustąpiłaś (tfu!) ciepłu,
Pani zimnorodna;
Pytanie narasta w sercu -
Jak mogłaś?!
Czar Twój zbyt szybko zniknął;
Brakuje mi Ciebie bardziej z każdą chwilą.
Wybaczę Ci. Wróć tylko
O Najdroższa – Zimo!

Zima

Znalazłem lek na swoją przypadłość;
A sądziłem, że już zawszę będę cierpiał;
Niesamowite szczęście na mnie spadło
gdy stałem w bramie kolejnego piekła;
Kiedy nie mogło być już gorzej,
Uzdrowiła mnie chwila,
gdy w sercu i na dworze
zagościła Zima.

Spryciarz

Wiatr wieje tak mocno.
Przewracają się słupy z przewodami.
Ludzie tracą wszystko to co
gromadzili całymi latami.
Tracą dorobki życia, domy,
a ja siedzę w swoim
szałasie z gałęzi i słomy
i o nic się nie boję -
- Jestem sprytniejszy od nich;
Za budulec nic nie płacę,
nawet jeśli żywioł dom zniszczy mi
to niczego nie stracę.

Załzawiony talerz z odgrzanym kotletem

Płakała, idąc sama parkiem;
To nie był udawany szloch,
raczej mokre oczy takie
jakby ją trapiło coś.
Patrzyłem wprost na jej oblicze;
Łzy spływały wzdłuż rysów twarzy
urywając się zaraz za policzkiem,
mocząc szyję lśniącymi kroplami;
Uśmiechnąłem się nieznacznie;
Natychmiast zwróciła uwagę;
Podszedłem patrząc bacznie
w oczy łzami zakłopotane;
Pytam skąd ta smutku rzeka;
Co sprawia ten nieznośny żal;
Odpowiada, że przed chwilą biegła
I wiatr jej w oczy mocno wiał.

Dalej

Krocząc wśród nocnej ciszy
Wysłuchuję nieuniknionego
Czarcich kohort tłum już dyszy
Zza portalu piekielnego
Najpierw przyspieszam kroku
Wiem, że mam jeszcze kilka sekund
Powoli przez trucht na śródstopiu
Przechodzę do regularnego biegu
Tężejąca pomarańczowa aura
Oblewa trakt i kolumny drzew
Kontur mojego płaszcza
Przytłumia wrót piekieł śpiew
Ryk. Zatykam uszy.
Szybciej. Szybciej.
Ledwie ziemi dotykają buty
Szybciej. Szybciej.
Wśród zburzonej ciszy
Biegnę ze swoim życiem w dłoni
Biegnę, coraz szybszy
By śmierć pewną przegonić
Jednak biesy mnie dorywają
W piekielnym ogniu się palę
Nogi się zatrzymują
Ale ja biegnę dalej