Myślicień

Ołtarz jaźni mi się przyśnił,
hołd składają moi bliźni;
Pędzą, jakby to był wyścig,
dewastując cel pielgrzymki.

Myśleć? Po co? Po co myśli?
Zmęczyłem się już tym wszystkim;
Jestem świadomy jak nigdy;
Jestem
taki sam jak inni.

To po prostu kolejny dzień w raju

Idąc z rękami w kieszeni kopnąłem kamyk,
który pechowo znalazł się pod nogami.

Padłem na kolana płacząc.

Trafiłem w szybę ferrari.

Spojrzałem na gwiezdną tarczę
z głodnymi światła oczami;
By powieki pozostały otwarte;
Podparłem je zapałkami;

Zdecydowałem po prostu,
że koniec z oglądaniem
tej tragikomedii losu;
Nędznie, zresztą napisanej;

Szczypało moment tylko -
- gdy zapałki się zapalały.
W tej chwili -mógłbym przysiąc-
Nawet się zawahałem.

H.P.L.

Mimo iż sukces nie wykwitł
z mozolnych wieleset letnich starań,
w wyniku prac alchemicznych
powstała z odpadków skała;
O tej przedziwnej, półstałej masie,
mówi się, że unosi się i opada,
jakby w niewytłumaczalnym transie;
Martwa góra oddychała.
Bydło padało gnębione nienaturalnymi naroślami,
o opalizującej, zielonej barwie;
Podobno, gdy martwe zwierzęta sprawdzali,
kruszyły się jak palony papier;
Doniesiono o szumie, wibracjach
które gnębiły okoliczne ziemie
i szeregu innych wariactw,
które zbywano wymownym milczeniem.

Pobożny stary John Boloney,
gdy mu wszystkie zwierzęta pomarły,
przeszedł się na mrocznych sztuk pomnik
i w modlitwie błagał by wzięły go diabły

Prócz jarzącej się zieleni przez chwilę
tę noc pożarła nieludzka cisza.
O gwarnym Burden Village
nikt już potem nie słyszał.

Wizyta sprzed kilku lat

Szatan otworzył przede mną bramy;
Do piekła zaprasza jak lokaj do stołu;
Wchodzę bez wahania, bom jak wieprz pijany,
słysząc huk za sobą czułem się jak w domu;
Z odległości zamglonej wynurzyła się sala;
Podszedłem bliżej dostrzegając diabelstwa,
większa część towarzystwa za swojego mnie brała;
Aż zdziwiony usiadłem, iskrząc ze szczęścia.
Biesiada trwała – miałem wrażenie – kilka godzin;
W morderczym tempie wszystkie przyjemności
przyjmowałem równo jak czarty i zacząłem schodzić,
pod stół – luźny i bez przytomności;
Z rajskiego snu spadłem w żrącą czeluść.
Czarty rozpruły mi brzuch szponami,
okazało się, że jestem jednym z wielu
poddawanych szaleństwu diabelskich męczarni;
Ginąc setny raz w wymyślny sposób
obudziłem się pod stołem w piekielnej melinie;
Wzrok biesów sprawił, że na karku rój włosów
podniósł się natychmiast jak w najsroższej zimie.
Wstałem, pożegnałem się patrząc w podłe ślepia
wynaturzeń zasmiewających się niczym stado hien;
Sam Szatan na ucho mi szepnął:
„To nie był sen”

Spadek ambicji

Jeszcze niedawno
chciałem wiedzieć więcej;
Goniłem za prawdą,
rozświetlając ciemnię;
Biegłem na oślep
w przestrzenie nieznane,
aż cały obrosłem
w nieistotne dane.

Nagle zobaczyłem mężczyznę
biegnącego przede mną;
Gdy oczami błysnął
tkwiło w nich szaleństwo,
Złapałem za ramię;
- Poznałem go;
Zdałem sobie sprawę,
że ja to on;
Był znacznie starszy,
Epatował męką;
Na twarzy wśród zmarszczek,
zobaczyłem wieczność.
Poczułem, że się w sobie zapadam.
Zapytał, wtedy, potwornie skonany:
Czy chciałbyś porozmawiać o tajemnicach wszechświata?
Nie dziękuję,
Teraz już nie jestem zainteresowany.

na czytelniku

Podbiegł od tyłu, objął, mocno schwytał;
Zanim pomyślałam o krzykach
w okolicy obojczyka
palący chłód lufy zawitał;
Szepnął mi naraz coś strasznego:
„Nie zadzieraj z moim kolegą;
Nie rób nic głupiego
bo ta spluwa zaśpiewa mazurek dąbrowskiego”.
Podprowadził mnie w gęstwinę krzewów;
Popychana tą bronią stąpałam na ślepo;
Kazał się oprzeć o masywne drzewo,
bredząc, że jestem jego królewną;
Już powoli się poddawałam,
gdy światłami zajaśniała wysoka trawa:
„Stać policja – stróże prawa!”
-Zwolnił uścisk-
-Puścił broń-
-Zniknął w krzakach-

Całe to zajście z niedoszłym gwałtem
okazało się klasycznym żartem.
Zamiast broni palnej
u mych stóp leżała marchew.

10000h

Wykląłem swą ludzką formę
Nagrodzono mnie cudownie:
Zyskałem narzędzie niesamowite
- Parę pierzastych skrzydeł;
Wzbiłem się i spadłem;
Wysiłki żadne
nie umożliwiły przelotu
dalej niż o kilkanaście kroków.
Upadłem tysiąc razy
Lądując na twarzy,
Tysiąc pierwszy z lotów
odjął mi szczątkowy już rozum;
Wzleciałem nad przeiskrzone huty
Zbierając skrzydłami gorącz gazów,
spadłem zroszony deszczem.
I spróbowałem raz jeszcze.

Dławiąc się

Może by tak przestać jeść?
Czy jestem nasycony?
Sam nie wiem.
Mógłbym dalej jeść do woli.
Lodówka. Kanapa.
Słońce tyje, przy kurczakach
Lodówka. Kanapa.
Chudnie z hamburgerem w łapach
Nawet nie zdawałem sobie sprawy
Z tego, że można inaczej
Że w życiu inne coś może bawić
Niż tłuściutki, smażony kurczaczek
Lustro. Lustro. Płacz.
Jeszcze jedno spojrzenie
Kurwa mać
Czy on? Śmieje się
w głos
Ten lustrzany tucznik ogromny
Mam dość.
Już nie jestem głodny.

Cudowna zmiana

Stuka deszcz o parapety.
Dualni posłańcy ledwie
docierają do powierzchni planety,
tak dziś marnej i niepewnej;
Świat nie wypiękniał ani krzty
pod kokonem ze śniegu;
Własnym życiem żył
- innym od naszego.
Zgnilizna
zasnuła brązem podwórko;
W zbutwiałych liściach
odkryć można gówno;
Uśmiechnięte. Oczekujące.
Szczere, jak z brązu wykute;
Ledwie rozmrożone słońcem
ma dziś spotkanie z butem.
Świat straci niebawem
kolejnego miłośnika roztopów;
Chłopak pod depresji batem
Powiesi się na żyrandolu.