Słuch absolutny

Mówisz coś? Nie słyszę.
Powtórz,
Podejdź bliżej;
Wydaj z siebie dzwięk w końcu;
Nie mów.
I tak nie odpowiem;
Jestem jedną z tych osób,
Które nie odzywają się nawet słowem;
Widzę poruszanie się ust,
Nie więcej;
Obserwując ten pusty ruch,
Tylko się męczę.
Mam wrażenie pustki.
Nie rozumiem tych ludzi,
A nie jestem małomówny,
Chyba po prostu głuchy.

Weteran

Chciałbym oddać swą krew;
Pół litra czerwieni,
jednak wątpię, że
pacjenci będą jej chcieli;
Bo ten płyn, co w mych żyłach
przepływa, jak rzeka sprawna;
To tylko limfa przegniła,
w ciele martwym od dawna;
Ta krew jest czarna od smutku;
Gęsta od cierpienia;
Błyszcząca od łez wyrzutka
Co oddał za nic marzenia;
Jest cierpka od tęskonty;
Cuchnie od bólu;
Jest żrąca przez brak pomocy;
Szorstka od podartych butów.
A kropla wciąż warta więcej;
Więcej znaczenia mieści,
Od krwi, która o tej męce
Słyszała tylko z opowieści.

Wystarczająco jasno by czytać

Biegłem, jeszcze przed świtem,
Wśród ulic nocą spowitych
I zobaczyłem na nieboskłonie;
Małych świetlistych punktów roje;
Rosnące w ilości i rozmiarze;
Przystanąłem, by lepiej popatrzeć.
Zbliżały się. Rozjaśniały powoli ulicę,
Gdzie zwykle rozciąganie ćwiczę;
Widzę, że na ławeczce całkiem sam
Siedzi z książką jakiś starszy pan;
Podśmiewając się rubasznie z czegoś;
Podchodzę, świadomy, że płonie już niebo
I się pytam:
Co pan czyta?
Czytam? A To, to szczególnie mi bliski,
Fragment biblijnej apokalipsy.

Winda vol.1

Wszedłem do windy na piątym piętrze;
Wcisnąłem 0, by jechać na parter.
Drzwi się zamknęły, pociemniało wnętrze.
Przełknąłem ślinę. Ruszyła nagle.
Zbyt szybko, zdecydowanie,
Kolejne poziomy tylko błyskały;
Już pięć minąłem, co tu jest grane?!
- Krzyknąłem w duchu, trzymając się ściany.
Ciemno. Czy tak wygląda ta nicość po śmierci?
Urwała się winda i się roztrzaskałem?
Jednak czuję że klatka ta nadal w dół pędzi;
Wtem czerwień obca przez szybę się wlała.
Zerknąłem. Przetarłem oczy. Spojrzałem raz jeszcze.
Niemożliwe. Kucnąłem obejmując dłońmi głowę.
Czy…? Czy mogę być w piekle?
Czemu w ogóle myślę tym torem?
Zaraz się pewnie obudzę w łóżku,
Otrę czoło z potu i zasnę ponownie.
Spokojnie, to wszystko dzieje się w twoim mózgu;
Skup się na myśli o otwarciu powiek.
Otworzyłem. Nadal w windzie.
Jednak wytracającej prędkość miarowo.
Stanęła. Wychodzę. „Piekło” na szyldzie.
Pan do kogo?

Voidwalker

Co to za uczucie;
Nie czuć – od zmysłów uciec,
W sny, w gwiazdy, w pustkę;
Pustą skorupą być; pustym płótnem;
Stać się tak niebywale przejrzystym,
że jeśli przejrzeć się w takich oczach czystych,
to nicość wyleje się ze środka
i z pustką kolejna jaźń samotna,
pójdzie do zaintrygowanych uczuciem
gdy nic nie czuć – chcących od zmysłów uciec

Equilibrium

Pusta kartka.
Zimno i długopis.
Mroźna aura,
zdobi,
tę stronę
tekstami,
a ja płonę
cały.
Stapiam to co widzę;
to co muśnie
stronicę;
Choćby podmuszkiem.
Bez niej
wypalam
całe wiersze
naraz;
Ona pisze
inaczej;
Moim długopisem
podpisuje prace;
Mógłbym dać jej szansę;
Uwolnić myśl zimy,
ale to działa tak naprawdę
tylko gdy się łączymy.

Z dedykacją

To przepiękna noc
Łza aż pcha się pod oko
W gwiezdnym orszaku mknąc
Zapominam jak to jest być sobą
Gwiazdy migoczą na nieboskłonie
Myśli cudownie rozświetlają umysł
Co moment iskra spada mi na dłonie
A zaraz za nią łza gasząc płomyk kruchy
Serce gorzeje w niewypowiedzianym pięknie
Rozgrzane jak centra gwiezdnych wodzirejów
Aż dech mi zaparło, upadłem na ziemię
A serce wypaliło trawę, tak ją sobą grzejąc
Leżę na wznak
Z dłońmi na twarzy
Nie mogę spać
Mogę tylko marzyć

Szatan

Szatan jest we mnie głęboko.
W moim sercu ma posłanie,
Gdy wschód słońca cieszy oko,
Robię jej śniadanie;
Zjada bułkę z pomidorkiem,
Tak czerwonym jak jej skóra,
Przy tym spogląda zalotnie,
Tak, że miękną uda;
Potem idziemy na spacer;
Wiosną gasi życie fauny;
Asfalt topi kiedy lato,
Zaś w czasie jesiennej aury
Liście w błysku ognia nikną;
Zimą już nie wychodzimy.
Zimno.
Nikt nie lubi zimy.
Spędzamy cały czas razem;
Nigdy się nie oddalam;
Tylko ja się w jej żarze
nie spalam;
Jest przewspaniałą istotą,
Ale muszę ją pocieszać;
Cały świat miesza ją z błotem
A nikt jak ja nie zna.

11

Apatia
Się zjawia
na drugi dzień
cień
tożsamości
gości
w rzeczywistości
kac mnie nie dotyka
rzadko mnie spotyka
ale nie unikam go
gdy się jednak pojawia
nie obawiam się
namawiam go
by porozmawiał
ze mną
chociaż on.

Chwila tylko dla siebie

Jestem sam w mieszkaniu…
Wiem, że zanim ktoś wróci
Minie przynajmniej druga część kwartału,
Starczy, by rozsądek na tę chwilę ucichł;
Sprawdzam pokoje, by się upewnić,
Że napewno jestem sam.
Czysto… Idę klucz w drzwiach przekręcić;
Okna migiem zasłaniam.
Czuję bijące serce i ciepło…
Aż cały drżę, już w pełni gotowy;
Siadam, włączam komputer prędko,
Dłonie mam zimne jak stężony kwas octowy;
Wpisuję hasło. Parę kliknięć.
I jestem. W tym miejscu.
I napisałem w tę chwilkę.
Tekst o pisaniu tekstów.