Kajdany

Wskaż mi drogę – pójdę
Spójrz tylko – ugnę się
Kiedy karzesz – rozumiem
Gdy zarządasz – umrę
Ufam, bo wiem, że mogę
Szanuję – siłę ponad siłami
Niewypowiedzianaś w mowie
Nie oddałbym Cię za nic
Napełniająca otuchą
Moja w całości
Krzyczę do Ciebie głucho
O jakakolwiek wartości!

Szmira

Czemu to piszę
Nawet nie chce mi się
Wolałbym milczeć
By nawet nie drgnął paliczek
By to co się gnieździ w mym centrum
To źródło rymów i wersów
Przestało pulsować wściekle
Narzucać się samym jestestwem
Rozkazując mi czasami
Pisać brednie nocami

O Zimo!

Mokro, wietrznie, nieprzyjemnie;
To ta aura jest jesienna.
Wszystko jest mi obojętne;
Gdzieś jest Zimo, o przepiękna!
Wyczekuję Cię od lata,
codzień rano Cię wyglądam;
Czuję, że już we mnie spada
biały zwiastun Twoich rządów.
Niemal Cię za rękę trzymam,
Zaraz będziesz razem ze mną;
Szron powoli mnie pokrywa;
Możesz zabrać moje ciepło;
Bylebyś była.
Bo w Twojej obecności
każda chwila
to jakby kilka wieczności.

Słuch absolutny

Mówisz coś? Nie słyszę.
Powtórz,
Podejdź bliżej;
Wydaj z siebie dzwięk w końcu;
Nie mów.
I tak nie odpowiem;
Jestem jedną z tych osób,
Które nie odzywają się nawet słowem;
Widzę poruszanie się ust,
Nie więcej;
Obserwując ten pusty ruch,
Tylko się męczę.
Mam wrażenie pustki.
Nie rozumiem tych ludzi,
A nie jestem małomówny,
Chyba po prostu głuchy.

Weteran

Chciałbym oddać swą krew;
Pół litra czerwieni,
jednak wątpię, że
pacjenci będą jej chcieli;
Bo ten płyn, co w mych żyłach
przepływa, jak rzeka sprawna;
To tylko limfa przegniła,
w ciele martwym od dawna;
Ta krew jest czarna od smutku;
Gęsta od cierpienia;
Błyszcząca od łez wyrzutka
Co oddał za nic marzenia;
Jest cierpka od tęskonty;
Cuchnie od bólu;
Jest żrąca przez brak pomocy;
Szorstka od podartych butów.
A kropla wciąż warta więcej;
Więcej znaczenia mieści,
Od krwi, która o tej męce
Słyszała tylko z opowieści.

Wystarczająco jasno by czytać

Biegłem, jeszcze przed świtem,
Wśród ulic nocą spowitych
I zobaczyłem na nieboskłonie;
Małych świetlistych punktów roje;
Rosnące w ilości i rozmiarze;
Przystanąłem, by lepiej popatrzeć.
Zbliżały się. Rozjaśniały powoli ulicę,
Gdzie zwykle rozciąganie ćwiczę;
Widzę, że na ławeczce całkiem sam
Siedzi z książką jakiś starszy pan;
Podśmiewając się rubasznie z czegoś;
Podchodzę, świadomy, że płonie już niebo
I się pytam:
Co pan czyta?
Czytam? A To, to szczególnie mi bliski,
Fragment biblijnej apokalipsy.

Winda vol.1

Wszedłem do windy na piątym piętrze;
Wcisnąłem 0, by jechać na parter.
Drzwi się zamknęły, pociemniało wnętrze.
Przełknąłem ślinę. Ruszyła nagle.
Zbyt szybko, zdecydowanie,
Kolejne poziomy tylko błyskały;
Już pięć minąłem, co tu jest grane?!
- Krzyknąłem w duchu, trzymając się ściany.
Ciemno. Czy tak wygląda ta nicość po śmierci?
Urwała się winda i się roztrzaskałem?
Jednak czuję że klatka ta nadal w dół pędzi;
Wtem czerwień obca przez szybę się wlała.
Zerknąłem. Przetarłem oczy. Spojrzałem raz jeszcze.
Niemożliwe. Kucnąłem obejmując dłońmi głowę.
Czy…? Czy mogę być w piekle?
Czemu w ogóle myślę tym torem?
Zaraz się pewnie obudzę w łóżku,
Otrę czoło z potu i zasnę ponownie.
Spokojnie, to wszystko dzieje się w twoim mózgu;
Skup się na myśli o otwarciu powiek.
Otworzyłem. Nadal w windzie.
Jednak wytracającej prędkość miarowo.
Stanęła. Wychodzę. „Piekło” na szyldzie.
Pan do kogo?

Voidwalker

Co to za uczucie;
Nie czuć – od zmysłów uciec,
W sny, w gwiazdy, w pustkę;
Pustą skorupą być; pustym płótnem;
Stać się tak niebywale przejrzystym,
że jeśli przejrzeć się w takich oczach czystych,
to nicość wyleje się ze środka
i z pustką kolejna jaźń samotna,
pójdzie do zaintrygowanych uczuciem
gdy nic nie czuć – chcących od zmysłów uciec

Equilibrium

Pusta kartka.
Zimno i długopis.
Mroźna aura,
zdobi,
tę stronę
tekstami,
a ja płonę
cały.
Stapiam to co widzę;
to co muśnie
stronicę;
Choćby podmuszkiem.
Bez niej
wypalam
całe wiersze
naraz;
Ona pisze
inaczej;
Moim długopisem
podpisuje prace;
Mógłbym dać jej szansę;
Uwolnić myśl zimy,
ale to działa tak naprawdę
tylko gdy się łączymy.

Z dedykacją

To przepiękna noc
Łza aż pcha się pod oko
W gwiezdnym orszaku mknąc
Zapominam jak to jest być sobą
Gwiazdy migoczą na nieboskłonie
Myśli cudownie rozświetlają umysł
Co moment iskra spada mi na dłonie
A zaraz za nią łza gasząc płomyk kruchy
Serce gorzeje w niewypowiedzianym pięknie
Rozgrzane jak centra gwiezdnych wodzirejów
Aż dech mi zaparło, upadłem na ziemię
A serce wypaliło trawę, tak ją sobą grzejąc
Leżę na wznak
Z dłońmi na twarzy
Nie mogę spać
Mogę tylko marzyć